wtorek, 19 stycznia 2010

powroty

jesień była w tym roku krótka i mało słoneczna. Tak, jakbyś zapomniał o tym, że ma ona miejsce. Była jedynie krótkim okresem czasu, niezauważalnym przejściem od ostatków ciepłych dni września, do pierwszych, nieśmiałych mrozów, wysublimowanych bieli pierwszych śniegów. Ty odszedłeś, wtedy roztargniona myślałam, że na zawsze, w ciemności histerycznie łapałam się tego, co przemijające, a zarazem niszczące delikatny jedwab mojej duszy.
Lecz wróciłeś, miłością cerując dziury i przedarcia, niczym tkacz o najdelikatniejszych palcach.
Wróciłeś, jak śmiałam wątpić, że tak będzie. Zawsze wracasz.

Choć nie, Ty nie musisz wracać, Ty wciąż trwasz, to wracam ja, gdy tylko przejrzą me ślepe oczy. Już teraz wiem, jak delikatną Istotą jesteś Ty, Jezu. Jak liść subtelnej brzozy, który nawet krople majowego deszczu mogą zranić. Fascynujące - pomimo delikatności, jesteś jednak silny i mocny.
Teraz już widzę, że wszystko, co mam dobrego w sobie to tylko Twoja łaska i dary - reszta to moje ciemności, bagna i grzeszna słabość.
Ty nie pragniesz moich ofiar wyszukanych.
Zapomniałam, że widzisz swym sercem moje serce, i że znasz je na wskroś - wszak sam jeden je uformowałeś.
Nie tak bowiem człowiek widzi jak widzisz Ty, bo człowiek patrzy na to, co widoczne dla oczu, Ty natomiast patrzysz na serce (1Sm 16)

Więc jesteś, jesteś, jesteś! Daj, niech doznam, ponownie i co dzień na nowo, niech skosztuję serca Twego, niech napełnię się Tobą.

Tak mnie złam, tak mnie skrusz, tak mnie wypal, byś pozostał tylko TY, tylko TY...

na zawsze Twoja...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz