niedziela, 24 stycznia 2010

to już minął rok.

Tamte dni były jak sen. Uśpiłeś na 4 dni cały świat, tylko po to, by do mnie przyjść. Ugasiłeś słońce na niebie, byś Ty mógł stać się mym Słońcem. Złamałeś, skruszyłeś serca mojego zimny beton. Tak znalazłeś mnie nagą, trzęsącą się niby osikę, na wietrze życia.
Było to tak tak niesamowicie delikatne, że nigdy nikt taką delikatnością mnie nie obdarzył, lecz było też silne, tak, że pozwoliłeś łzom płynąć z mych oczu.
Poruszyłeś tak mocno duszę, że stopniowo wszystko inne stawało się nieważne.
Sam Ty uczyłeś mnie nocą jak mam się modlić. Ty pokazałeś mi, co to Brewiarz, Koronka, Różaniec... Takie dla wszystkich niby oczywiste rzeczy, które Ty z cierpliwością nieskończoną po kolei mi objaśniałeś.
Jak niesamowite były te pierwsze nasze Eucharystyczne spotkania, takie, że motyle skrzydła łaskotały me wnętrze.

Było to tak cudowne, mimo, że tak bardzo bolesne. A dziś, w przeddzień tych pamiętnych dni, darujesz mi jeszcze nawrócenie Pawła, i Słowo swoje...

Za co ta łaska? Nawet nie pytam, to nie ma sensu, bo i tak nigdy nie pojmę Twej nieskończonej, nie dającej się zamknąć w jakiejkolwiek definicji i granicy miłości.
Nigdy nie pozbędę się tej swojej nędzy, małości i poczucia śmieszności w Twoich oczach.
Tak bardzo mocno, z całej mocy duszy mojej, z serca najgłębszych głębin chcę wciąż i nieustannie śpiewać Ci Magnificat, krzyczeć Te Deum Laudamus...
Ach, to tydzień mojego dziękczynienia, to NASZ tydzień.

[Ukochałam nadto Kotlinę Kłodzką]

Twa dziękczynna Ania :-)

1 komentarz: