poniedziałek, 19 lipca 2010

Umiłowana nędza

cierpienie jest łaską, ból serca, cierń bolesny, tkwiący tak głęboko, i to rozdarcie... łaska i dar Pana.
Skoro człowiek tak cierpi, że jego niedoskonała, skażona egoizmem miłość jest nieodwzajemniona, to jakże cierpieć musi ukochany Bóg - Jego serce delikatniejsze nad serce dzieciątka, On tak nas kocha nad życie, a tyle ludzi ma Go za nic...
i bynajmniej nie chodzi tu o nieodwzajemnioną miłość do chłopaka, ale ogólnie do człowieka... do osoby
jak może ktoś być bliski i tak daleki jednocześnie?
A Jezus, najbliższy i duchowo i cieleśnie, a jednak tak czasem zbyt daleki dla mej percepcji, dla mego serca.
Dochodzę do wniosku, że chrześcijaństwo to odwieczna tęsknota, to ludzki krzyk o Miłość, który nieprzerwanie trwa już od wieków.
Widzę, że zaufać to oddać swe życie Mu. A gdy to się czyni, to On wszystko tak zaaranżuje, że nigdy sama bym tego nie wymyśliła. Tak bardzo boję się grzechu, nawet nie jako materii, lecz tego, że obrażam samego Stwórcę, i to kilkanaście razy na dzień. Straszne, jaką nędzą jesteśmy. najbardziej absurdalne jest to, jak bardzo umiłowaną nędzą...

kocham CIEBIE JEZU, KOCHAM, KOCHAM, KOCHAM....

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz