niedziela, 24 stycznia 2010

to już minął rok.

Tamte dni były jak sen. Uśpiłeś na 4 dni cały świat, tylko po to, by do mnie przyjść. Ugasiłeś słońce na niebie, byś Ty mógł stać się mym Słońcem. Złamałeś, skruszyłeś serca mojego zimny beton. Tak znalazłeś mnie nagą, trzęsącą się niby osikę, na wietrze życia.
Było to tak tak niesamowicie delikatne, że nigdy nikt taką delikatnością mnie nie obdarzył, lecz było też silne, tak, że pozwoliłeś łzom płynąć z mych oczu.
Poruszyłeś tak mocno duszę, że stopniowo wszystko inne stawało się nieważne.
Sam Ty uczyłeś mnie nocą jak mam się modlić. Ty pokazałeś mi, co to Brewiarz, Koronka, Różaniec... Takie dla wszystkich niby oczywiste rzeczy, które Ty z cierpliwością nieskończoną po kolei mi objaśniałeś.
Jak niesamowite były te pierwsze nasze Eucharystyczne spotkania, takie, że motyle skrzydła łaskotały me wnętrze.

Było to tak cudowne, mimo, że tak bardzo bolesne. A dziś, w przeddzień tych pamiętnych dni, darujesz mi jeszcze nawrócenie Pawła, i Słowo swoje...

Za co ta łaska? Nawet nie pytam, to nie ma sensu, bo i tak nigdy nie pojmę Twej nieskończonej, nie dającej się zamknąć w jakiejkolwiek definicji i granicy miłości.
Nigdy nie pozbędę się tej swojej nędzy, małości i poczucia śmieszności w Twoich oczach.
Tak bardzo mocno, z całej mocy duszy mojej, z serca najgłębszych głębin chcę wciąż i nieustannie śpiewać Ci Magnificat, krzyczeć Te Deum Laudamus...
Ach, to tydzień mojego dziękczynienia, to NASZ tydzień.

[Ukochałam nadto Kotlinę Kłodzką]

Twa dziękczynna Ania :-)

piątek, 22 stycznia 2010

listy miłosne

Pamiętasz, gdy w dusznej ciemności łkałam, błagając Cię o jeszcze jeden jego pocałunek, jeszcze jedno chociaż spojrzenie, czy dotknięcie wierzchu jego dłoni? Szarosrebrna rozpacz o poranku, w porze, gdy latem budzi się bzyczenie pszczół, soprany ptaków.
Lub, czy pamiętasz, gdy z sercem motylim, w podskokach, z całej siły szeptałam, że proszę o maleńkie jego słowo, rysunek uśmiechu na jego ustach...?
Że drżałam, gdy oko moje było mu lustrem?

To te zakochania, zauroczenia, tak już teraz nieważne, jak uschnięte liście poprzednich jesieni. Bo to ludzkie, bo przemijają.
Zawsze pragnęłam wyznań romantycznych, listów miłosnych, porywczych. Przecież znasz moją romantyczną, kobiecą naturę.
Nigdy takiego nie otrzymałam. Żadnej koperty czerwonej, poezji zroszonej łzami, różą, niezręcznością pióra młodzieńczego. Nawet co roku na 14 lutego naiwnie oczekiwałam. Do dziś w mym pudle, pośród listów nie znajdziesz żadnego wyznania miłosnego.
Bo największy, najpiękniejszy list miłosny stał od dzieciństwa mego na zacienionej stronie półki. Tak długo czekałeś, by mi go wręczyć osobiście, nie jakimś tam pierwszym lepszym listonoszem. Tyle długich lat trzymałeś ten skarb, kształtując mnie na jego przyjęcie. Byłam jak dziecko, nie umiejące czytać, a Ty nauczyłeś mnie litera po literze, aż do słowa, aż do zdania. Wciąż nauczasz.

Ach, list to jest, co każde uderzenie serca mego w sobie zawiera, co uczucie posiada w każdym pojedynczym słowie.
Jak TY Go napisałeś, powiedz, jak, że czuję jak słowa parzą moje lodowe wnętrze?
Palą ogniem miłości, niechże spalą na proch. List miłosny, jak kronika ukochania, wspólna nasza. Żar, co z tchem najwyższych gór świata, wypełnia tak, jak Zeus złotym deszczem Danae. Słowo jak zapach wszechogarniające, co powoli, powoli prowadzi żywotem. Słowa Twoje, które stają się moimi.
Poeto Przedwieczny! Nawet to, co już przeczytane, wciąż jakby... niepoznane. Wciąż cudownie nowe.

Twoja - zakochana - Ania

czwartek, 21 stycznia 2010

28 minut

Serce jest doprawdy bardzo głupie, wiesz? Już nie wystarcza mu Chopin, nie wystarcza Gałczyński, ani nawet te stalowo błękitne kwiaty szronu, ani graficzna linia nagości lasu, ni śniegu balet podniebny.
Głupie jest to tęsknienie za poezją, której świat cały dać nie może. Głupie pragnienie do muzycznej symfonii nigdy nie usłyszanej i nie wyobrażonej, tak pięknej, tak wspaniałej, głupie pożądanie słowa najpiękniejszego - słowa niewypowiedzianego.
To przecież tak boli. Jakby cierń nikły, drzazga niewidzialna, tak maleńka, niezidentyfikowana.
Czyż karmić się trzeba jedynie namiastką Prawdy, odbiciem Piękna Przedwiecznego, mirażem muzycznym raz posłyszanym w długiej ciszy tu, w doczesności...
Tak każesz płakać mej duszy, której pozwalasz skosztować miodu, by potem tęskniła za nim.
Poza 28 minutami co dzień - tęsknota. 28 minut, gdy czas nie istnieje, bo jesteś Ty. Gdy ten śmieszny, groteskowy świat, maleńkie problemiki mojego życia topią się w Twoim wzroku. 28 minut, gdy staję się kroplą w morzu Twej miłości.

Dziękuję Tobie za te 28 minut, gdy jesteś ze mną najprawdziwiej, i tak realnie, że aż mogę Cię dotykać, że drży moje serce, kiedy spotyka Twoje.
I tak bardzo dusza ma chłonie Twój oddech, by Tobą oddychać w zaduchu następnych godzin prozaicznej codzienności. I głos Twój słodyczy, słowa miłosne, piękniejsze nad homeryckie Liryki, sonety, odyseje.
Pozostań...

[28 minut trwa w okresie zwykłym liturgicznym, dniu zwykłym, bez wspomnienia Eucharystia w tygodniu]

Twoja - wciąż nie wystarczająco miłująca - Ania

wtorek, 19 stycznia 2010

powroty

jesień była w tym roku krótka i mało słoneczna. Tak, jakbyś zapomniał o tym, że ma ona miejsce. Była jedynie krótkim okresem czasu, niezauważalnym przejściem od ostatków ciepłych dni września, do pierwszych, nieśmiałych mrozów, wysublimowanych bieli pierwszych śniegów. Ty odszedłeś, wtedy roztargniona myślałam, że na zawsze, w ciemności histerycznie łapałam się tego, co przemijające, a zarazem niszczące delikatny jedwab mojej duszy.
Lecz wróciłeś, miłością cerując dziury i przedarcia, niczym tkacz o najdelikatniejszych palcach.
Wróciłeś, jak śmiałam wątpić, że tak będzie. Zawsze wracasz.

Choć nie, Ty nie musisz wracać, Ty wciąż trwasz, to wracam ja, gdy tylko przejrzą me ślepe oczy. Już teraz wiem, jak delikatną Istotą jesteś Ty, Jezu. Jak liść subtelnej brzozy, który nawet krople majowego deszczu mogą zranić. Fascynujące - pomimo delikatności, jesteś jednak silny i mocny.
Teraz już widzę, że wszystko, co mam dobrego w sobie to tylko Twoja łaska i dary - reszta to moje ciemności, bagna i grzeszna słabość.
Ty nie pragniesz moich ofiar wyszukanych.
Zapomniałam, że widzisz swym sercem moje serce, i że znasz je na wskroś - wszak sam jeden je uformowałeś.
Nie tak bowiem człowiek widzi jak widzisz Ty, bo człowiek patrzy na to, co widoczne dla oczu, Ty natomiast patrzysz na serce (1Sm 16)

Więc jesteś, jesteś, jesteś! Daj, niech doznam, ponownie i co dzień na nowo, niech skosztuję serca Twego, niech napełnię się Tobą.

Tak mnie złam, tak mnie skrusz, tak mnie wypal, byś pozostał tylko TY, tylko TY...

na zawsze Twoja...

sobota, 9 stycznia 2010

początek

Pragnę dzielić się tu, w tym marnym miejscu jakimż jest "blog internetowy" tym, co kocham najbardziej, tym co rok temu wypełniło me życie. Ach, czymże byłby mój żywot, już i tak na skraju marności, jeśli nie ON !
Zaraz upoetycznię swe emocyje, ach!