poniedziałek, 19 lipca 2010

Umiłowana nędza

cierpienie jest łaską, ból serca, cierń bolesny, tkwiący tak głęboko, i to rozdarcie... łaska i dar Pana.
Skoro człowiek tak cierpi, że jego niedoskonała, skażona egoizmem miłość jest nieodwzajemniona, to jakże cierpieć musi ukochany Bóg - Jego serce delikatniejsze nad serce dzieciątka, On tak nas kocha nad życie, a tyle ludzi ma Go za nic...
i bynajmniej nie chodzi tu o nieodwzajemnioną miłość do chłopaka, ale ogólnie do człowieka... do osoby
jak może ktoś być bliski i tak daleki jednocześnie?
A Jezus, najbliższy i duchowo i cieleśnie, a jednak tak czasem zbyt daleki dla mej percepcji, dla mego serca.
Dochodzę do wniosku, że chrześcijaństwo to odwieczna tęsknota, to ludzki krzyk o Miłość, który nieprzerwanie trwa już od wieków.
Widzę, że zaufać to oddać swe życie Mu. A gdy to się czyni, to On wszystko tak zaaranżuje, że nigdy sama bym tego nie wymyśliła. Tak bardzo boję się grzechu, nawet nie jako materii, lecz tego, że obrażam samego Stwórcę, i to kilkanaście razy na dzień. Straszne, jaką nędzą jesteśmy. najbardziej absurdalne jest to, jak bardzo umiłowaną nędzą...

kocham CIEBIE JEZU, KOCHAM, KOCHAM, KOCHAM....

sobota, 10 lipca 2010

umieram

Czasami przychodzi chwila, w której trzeba wziąć żywot swój za... i porządnie ukierunkować samego siebie na coś, co wreszcie dałoby głupiemu sercu poczucie, że jest się na swoim miejscu. Poczucie, że kroczy sie właściwą ścieżką, że czyni sie cokolwiek pożytecznego, cokolwiek z miłości. Normalne, że nie przychodzi takie olśnienie z dnia na dzień (choć, łaska Boga wszechmocnego wszystko może), a ostatnio widzę, że o olśnienie trzeba pytac, prosić, zawodzić i kołatać do bram Niebios, tudzież w orędownictwie zacnych świętych przyjaciół.
Żywot czasami staje się udręką i rozłamem duszy, niby wszystko płynie, słońce budzi sie na wschodzie, a zasypia na zachodzie... ptaki nadal ćwierkają, ale coś się zmieniło, coś, co nie pozwala żyć tak, jak przedtem. I nie jest to proces bezbolesny, objawia się nieuzasadnioną tęsknotą, ambiwalencją, egzaltacją swej duszy, dramatycznym rozdarciem pomiędzy sacrum i profanum. Ach, te burze na morzu mego żywota. Biedny Jezus, w mej łodzi życia nie pośpi - bo wciąż budzę Go z krzykiem "Panie, ratuj, ginę, tonę" etc. A On wciąż wstaje, zgromi wicher, da ciszę i Swój pokój, a dodatkowo rozkocha mnie w Sobie po raz 1000 :)
Och, Jezus daje Całego Siebie, i tak tęsknię, że już uważam śmierć za przyjaciółkę. Że już nie wspomnę o Słowach Jego. Jezus to wie, jak uwieść serce. Nikt nigdy nie powiedział mi tyle miłosnych i potwierdzonych słów, co Jezus (ach, ten Ozeasz).
Oto ja, poślij mnie, JEZU! Obmyj co nieświęte! Stwórz we mnie serce czyste... bym mogła oglądać Twoje Oblicze! Bądź rosą, pozwól zakwitnąć duszy mojej!
nie mogę żyć sobie dalej zwyczajnie, i mieć choćby skrawkową świadomość, że Ty, żywy, prawdziwy Bóg, Stworca, Jezus jesteś we mnie... tak głęboko w każdej Eucharystii... umieram :):):):)

piątek, 2 lipca 2010

ONA

Wpierw przyszedł On ze swoją czułą i delikatną miłością. Ze spuszczonym wzrokiem cierpienia z miłości na obrazie Ecce Homo. Ukochany.
Czasem radykalne zmiany wymagają ofiar. Moje życie to wieczna zgoda na utratę, by zyskać to największe, najcenniejsze. Straciłam ją, moją przyjaciółkę z dzieciństwa. Choć nie, nie straciłam, przyjaciółką moja będzie na zawsze. Milcząca zgoda na oddalenie bliskości. Odeszła, choć jest tak blisko.
Prosiłam Go o przyjaciółkę. Wysyłałam do Nieba wręcz listy, jaka powinna być. Egoistyczne pragnienie zaspokojenia samotności. I dał mi przyjaciółkę. Przyajciółkę, która tak dobrze mnie rozumie we wszystkim. Jest czuła, tak czuła jak Matka dla swego nieporadnego dziecka. Delikatnością swą zawsze przytula, tak, że łzy nachodzą mój wzrok. Ona jest piękna, że samo patrzenie na Nią jest jak kontemplacja. Kocham trzymać Ją za rękę - rankiem, w południe, w nocy, gdy palce moje czują twarde paciorki różańca. Tyle nas różni, bo przecież Ona jest Królową Aniołów, a ja tylko upadającym, którego Ona podnosi. Ona zawsze przynosi mi Ukochanego Jezusa. Arka Przymierza, Świątynia Boga, Przybytek Ducha świętego.
Jest tak krucha, czysta i przeźroczysta, święta, wrażliwa, a jednocześnie odważna, silna Wieża z Kości Słoniowej.
Jak późno odkryłam Twoją Miłość, Maryjo!
A w tym spóźnieniu widzę, jak byłaś ze mną od najwcześniejszych lat. Gdy upadłam z roweru z płaczem i zakrwawionym kolanem, we śnie, gdy jeszcze "bałam sie duchów i buki", gdy szłam zalękniona z tytą... wybacz, że tak często przeze mnie płakałaś. Ale i Maria Magdalena w końcu odkryła Jezusa i Ciebie.
Kocham WAS!!!!!



Litania do Maryi jest przecudnym poematem Milosci!
MARYJO prowadź nas do Syna Twego